Noc 44: Rzecz o Indianach Matses (cz.2) – Sapo


Żabka Sapo

Żabka Sapo

 

Sapo – rytuał żaby. Rzecz której chcialem spróbować od samego poczatku wyprawy po Amazonce. To ryt unikalny, bo praktykowany jednynie przez Indian Matses. Sapo to trująca, mała i zielona żabka. Trzeba ją schwytać i wycisnąć truciznę, a potem wprowadzić do ludzkiego organizmu. Doświadczenie to ma dawać siły, wyostrzyć zmysły podczas polowania. Znacznie poprawia Twoją percepcję, stajesz się integralną częścią dżungli. W takim świetle zostało mi to przedstawione. Pewnie trochę bujdy w tym było, ale chciałem spróbować. No i spróbowałem nieświadomy do końca tego jak to powinno wyglądać. Mój przedostatni dzień w bambusowej wiosce. Niedziela. Nabożeństwo zostało już zaliczone. Objad zjedzony. Zaczęliśmy rituał. Zgromadził się mały tłum gapiów (osada liczył kilka chatek). Gringo robił coś głupiego, więc trzeba obejrzeć wydarzenie. Jorge (mój przewodnik po Amazonce) robił zdjęcia na pamiątke, ja czekałem i kipiałem z podekscytowania. Usiadłem na pieńku przed domem. Odwinąłem rekaw prawego ramienia. Mój gospodarz podpalił kijek, by szybko go zgasić. Patyk się lekko żarzył. Dwie niewielkie dziurki w ramieniu mi wypalił, sciągnął martwą tkankę. Powstały dwie małe rany i dojście do krwioobiegu. Teraz trzeba było nałożyć truciznę na krwawiące miejsce. Mnie wypalono dwa otwory, można zdecydowanie więcej…

Dwa shoty trucizny

Dwa shoty trucizny

Na efekty długo czekac nie trzeba było. 5-10 minut i boom! Zacząłem się momentalnie pocić. Goraco, intensywny ból brzucha i głowy, później każda część ciała  bolała oddzielnie. Czułem się tak jakbym wypił litr wódki. Chciało się wymiotować, ciężko się nawet siedziało. Ból, potworny ból w czystej postaci. Nic więcej. Wstałem i zostałem odprowadzony  do domu. Leżałem i umierałem, na nic innego ciało nie pozwalało. Nie dało się zasnąć, nie było wygodnej pozycji by chociaż poleżeć. Wszystko piekło i kłuło, cierpienie narastało z każdą chwilą.  Myślałem tylko o tym, żeby to się wszystko skończyło! Dopiero się jednak zaczęło!

Śmierć...

Śmierć…

Zostawiono mnie w spokoju, po kilku obowiązkowych zdjęciach, o które wcześniej poprosiłem. Cierpienie narastało, a punkt kulminacyjny trwał wieczność. Jezusie Nazareński ratuj! Po kwadransie mineło najgorsze. Gorzej już nie będzie, takie miałem przynajmniej nadzieje. Trucizna schodziła powoli, bardzo powoli.

Ból w czystej formie

Ból w czystej formie

Agonia trwała jakieś 90 minut, a skutki odczuwalne były jeszcze trochę po tym czasie. Zamknąłem oczy. Lekkie halucynacje, ale tylko sladowe, dawka okazała się niewystarczająca. Dalej bolało, ale było już znacznie lepiej. Nie tak sobie to wyobrażałem. Nic z mistycyzmem to nie miało wspólnego. Sam ból w czystej postaci, nic poza. Nigdy więcej już tego nie spróbuje. To tylko dwie dawki, ludzie brali po 4, 8, 10 a nawet rekordowych 20. To musiał dopiero być hardcore. Ponoć trwało to całą dobę, cierpienia jakie to mogło powodować nawet nie chciałem sobie wyobrażać. Nie dziękuje za takie rozrywki. Co ciekawe aplikuje się to także dzieciom kilkuletnim, dziewczynki nie stanowiły wyjątku.

To może być dla nas szokujące, dla nich jest czymś codziennym. Przezwycięża się ból i  o to w tym wszystkim chodzi. Nie jest to życie usłane różami,  a po czymś takim, gorzej juz być nie może…

Czas na polowanie...

Czas na polowanie…

Po ceremoni Sapo mieliśmy iść z Jorgem na polowanie. Nie było chuja we wsi, żebym gdzieś  w tamtym stanie poszedł. Leżałem i dogorywałem. Szybko jednak zmieniłem zdanie. Ostatnia noc, ostatnia taka sposobność. Płyniemy! Czułem się jakby spokojniejszy. Dżungla jawiła się bardziej znajomo niż kilka dni temu. Pytanie brzmiało. Czy Sapo zadziałało, czy raczej sobie to wszystko wkręciłem. Optowałem raczej za wersją placebo, ale zostawiłem sobie margines na tę pierwszą opcje.

Chyba jednal naprawdę było trochę inaczej. Nie wiedziałem sam co do końca myśleć. Wiedziałem na pewno to, że tym razem zobaczyłem kajmana zanim go zabilismy, zmysły się wyostrzyły?

Jedność ze światem natury :)

Jedność ze światem natury 🙂

Cóż Sapo zostało zaliczone, takie nowe doswiadczenie, ale koszmarne w przeżywaniu. Plułem sobie w brodę, że zapomniałem o Nono –  tytoniowym rituale podczas którego do nosa wdmuchiwano Ci tytoń. Bolesne, ale dawało kopa… ponoć. Ten ryt w ogóle nie jest już praktykowany przez Indian. W Iquitos można tego sprobować, ale to tylko taki wabik na  turystów.

Powrót do cywilizacji...

Powrót do cywilizacji…

Ślady po Sapo mam do dziś i pewnie zostaną mi do końca życia. Niezapomniane chwile i najgorsze uczucie jakiego kiedykolwiek doświadczyłem. Niedzielnego nabożeństwa również na długo pozostanie w pamięci, takie wydażenia dla religioznawcy są bezcenne. Dwa różne oblicza religijności tej samej społeczności. To co dawne i powoli już zapominane i to co obce i jakoś tak dalej nie na miejscu, bo to obce niszczy to co piękne i autentyczne. Powstała hybryda, w sumie nic nowego i zaskakującego, ale zupełnie innego w odbiorze. Inaczej się widzi świat poprzez pryzmat książki, a inaczej Ci się jawi, kiedy możesz go dotknąć. My odbieramy to inaczej, ale również i Oni. Do „cywilizacji” wróciliśmy wojskowym samolotem. Matses też polecieli. Indianie, którzy weszli ze mną na pokład robili wrażenie przerażonych, modlili się i  płakali… Ty widzisz Amazonkę z lotu ptaka i zapominasz o bożym świecie.

Advertisements

4 thoughts on “Noc 44: Rzecz o Indianach Matses (cz.2) – Sapo

    • Ci ludzie sa niesamowici, super miejsce dla religioznawcow, w sumie dochodze do wniosku, ze zaczynam inaczej patrzec na kazde takie miejsce. Inaczej czyta sie Etnologie Szyjewskiego teraz, niz przed wyjazdem:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s