Noc 102: Light my fire


1966714_10203793431025545_1065011246_n

Nie można robić zdjęć, przynajmniej tak nam mówią. Cała sala z ciekawością spokląda w naszą stronę, ale po chwili wszyscy wracają do swoich zajęć, rozmów i napojów. Choć nikt nie ukrywa zainteresowania i od czasu do czasu zerka w twoją stronę, to generalnie biesiadnicy zajmują się swoimi sprawami. Ty po chwili masz dość zapachu, dymu papierosów, śmieci i oczywistej dziwności i cudowności tego miejsca. Życie nocne w tym nadmorskim (oceanicznym) „ kurorcie”  jest tak zachwycające, zaskakujące i groteskowe, że z każdą kolejną chwilą chce się go więcej. Rozpoczynamy swój mini bar-hopping w Al-Dżadida.

1003596_10203793418065221_2133435811_n

Tłumy ludzi, tłumy samych mężczyzn pijących swoje lokalne piwo i skubiących ziarnka słonecznika. Siedzą, gwarno rozmawiają i palą szluga za szlugiem. W zadymionych wielkich salach oglądają wyścigi konne w swoich brązowawych marynarkach, przydługich spodniach,starych butach i nie ogolonych twarzach. Kelner podchodzi do kolejnych stolików. Brudną ścierką zmywa stolik pełen kiepów i resztek jedzenia. Co po niektórzy składają kolejne zamówienia i po jakiejś chwili otrzymują swoje buteleczki. Podnoszą je w naszym kierunku. Życzymy sobie wszystkiego najlepszego. My mamy na wypasie: swój stolik, słonecznik, jakieś orzeszki i pyszne zimne piwko. Dusimy się w oparach dymu, ale wyraźnie podekscytowani obserwujemy otaczające nas „cudo”. „Cudo” obserwuje również, szczególnie, że przybyły doń  dwie białogłowe.

1969301_10203793405224900_970875740_n

Jedna buteleczka, druga buteleczka, a kibla damskiego przecież nie ma. Wychodek znajduje się gdzieś na zewnątrz. Zapachy zdecydowanie nie zachęcają, no ale kto kazał się nam tam pchać? Chcieliśmy, to mamy. Obiecujemy sobie, że nie była to nasza ostatnia wizyta w tym szynku. Jakies 500 metrów dalej znajduje się bliźniacze miejsce, choć bardziej kameralne. Wchodzimy. Siadamy przy barze. Otwieramy rachunek (barman kreśli kolejne tajemnicze kreski w swoim zeszycie). Okoliczni mieszkańcy się schodzą. Odkrywamy istnienie szafy grającej, wymieniamy pieniądze i zamawiamy kolejne  hity muzyki świata zachodu (Doorsi są z nami cały wieczór). Przychodzą nauczyciele, jacyś wykładowcy i lokalni biznesmeni. Jeden pan nie opuszcza nas na krok, samoistnie został ochroniarzem (białogłowych), natrętów nie dopuszcza do nich. Odprowadza, przyprowadza, eskortuje do hotelu. Głównie milczy, chętnie pije piwo, które w ramach podzięki otrzymuje. Daje poczucie większego bezpieczeństwa, choć wszyscy tam są  prawdziwymi dżentelmenami.

1508582_10203793416145173_481784886_n

Całe Maroko sprzedaje wszelkiej maści napoje. Rabat ma bary, Marakesz ma bary i kluby, ale Al- Dżadida to fenomen i pewnego rodzaju  wentyl bezpieczeństwa w kraju, gdzie alkohol sprzedaje się w szemranych miejscach w czarnych torebkach lub w carefourowskich „jaskiniach”, czy też jak w przypadku Rabatu-Sale w sklepie, do którego prowadzi labirynt tajemnych ścieżek. To fantastyczny przykład, że nie wszystko jest biało-czarne i jak nasze wyobrażenia o danym miejscu, kulturze mogą być tak odmienne od stanu faktycznego, co czasem powoduje rozczarowanu, czasem zachwyt i niedowieżanie oraz poczucie, że może być cudownie, bajkowo.

1979507_10203793430665536_6204718_n

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s